ja po 2,5 letnim zwiazku, który skończyłem po prostu w sposób 'nie kocham Cie elo' chyba ze 3 miesiące miałem jeszcze mocno przejebane, 1000 smsow dziennie itepe, wiec zalezy od loszki, co nie
Wersja do druku
ja po 2,5 letnim zwiazku, który skończyłem po prostu w sposób 'nie kocham Cie elo' chyba ze 3 miesiące miałem jeszcze mocno przejebane, 1000 smsow dziennie itepe, wiec zalezy od loszki, co nie
Z własnego doświadczenia:
Nie układało mi się z panną. Dałem jej do zrozumienia, że przez jakiś czas nie chce jej widzieć i chce odpocząć od ciągłego pierdolenia i kłótni. Nie minęło 4 dni jak poszła się bolcować się z jakimś typem, a później było wielkie przepraszam, czułam się samotna, wybacz, kocham cie. Panny nie mają sentymentów, one są pojebane i tyle. Nie muszę chyba mówić, że popierdoliłem ją od tego momentu.
wyjebać ze znajomków na fejsie, spalić jej rzeczy co u mnie zostawiła, taaaa, bardzo dojrzale.
normalna sprawa, ale generalnie jest tak, że faceci zdradzają z powodów fizycznych (w skrócie myślą kutasem, brakuje im seksu i chce im się domknąć ładną blondynę, nie wybaczą jak ich panna się puści z typem, kiedy ona się tłumaczy "to nic nie znaczyło"). Kobiety zdradzają z powodów psychicznych - facet ich nie wysłuchuje, pozna takiego alvaro, któremu się wypłacze, po czym z wyrzutów sumienia przyzna się do zdrady facetowi i będzie się tłumaczyć "to nic nie znaczyło", bo dla niej liczy się zdrada fizyczna, nie psychiczna. Dlatego też, jeśli przyłapie faceta na zdradzie to będzie mu w stanie wybaczyć, jeśli była o jakaś przygoda a nie coś znaczącego.
To jest ogólny zarys, nie dotyczy się każdego przypadku.
xDDD
Raczej chodzi o to, żeby nie wchodzić dwa razy w to samo gówno. Jak się nie układa i nie ma chęci tego naprawiać to po co zostawiać sobie jaki kolwiek kontakt? Żeby kusiło do powrotu, jak się będzie miało chwilę słabości? Jeśli masz inne zdanie to spoko, ale nie mierz wszystkich swoją miarą.
Myślę, że niedługo. Pisałem tu już chyba o mojej sytuacji, gdzie poszedłem na taki układ z byłą dziewczyną. Nie rozstaliśmy się w przyjaźni, ale mamy wspólnych znajomych, często się widywaliśmy, więc ta złość się gdzieś rozeszła, zaczęły się ponowne rozmowy i w końcu poszedłem do niej wieczorem, a zostałem do rana... Po tym nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy z tym zrobić, bo związku jako takiego oboje nie chcieliśmy (ona przynajmniej wtedy, podobno ;d), więc ona zaproponowała związek bez zobowiązań. Wyłożyliśmy kawę na ławę, ustaliliśmy reguły gry i tak się spotykamy od października... Tylko, że na przestrzeni czasu bardzo się ta relacja zmieniła, głównie z jej strony i inicjatywy. Zachowujemy się i traktujemy praktycznie jak para, ale oboje wiemy, że się nie kochamy i prędzej czy później zakończymy tę przygodę. Ona, co prawda, bardzo się przyzwyczaiła i widać, że się boi, że mógłbym ją zostawić (jestem jej pierwszym takim "prawdziwym" chłopakiem) ale zdaje sobie sprawę, że raczej ją to czeka.
Generalnie, to bardzo dziwna sprawa z tym naszym "związkiem" i większość ludzi, jak im mówię jak to się zaczęło i jak wygląda, to robi wielkie "WTF?!", no ale cóż... Na początku sam nie wiedziałem, co o tym myśleć, a i z jej rodzicami był problem (no bo nie powie raczej matce, że "nie, nie jesteśmy znowu razem, tylko się ruchamy", a często u niej śpię), ale w pewnym momencie przestałem się tym w jakikolwiek sposób przejmować i próbować to jakoś nazywać czy charakteryzować. Po prostu się spotykamy i tyle.
Od siebie mogę tylko powiedzieć, że ja jestem z tego bardzo zadowolony, bo mam z kim pogadać, kim się zająć, być komuś potrzebnym itd, ale też nie jestem w żaden sposób związany. Nie spotykam się z nikim innym i nie chcę, powiedziałem jej już na samym początku, że dopóki będziemy trwali w tej relacji - a wtedy była mowa tylko o fizycznych przyjemnościach - to nie będę ogarniał żadnych innych dziewczyn, bo ją szanuję i sam czułbym się źle z czymś takim. Ona ma takie samo podejście i jest gitara.
Także nie umiem na pytanie odpowiedzieć, bo u nas relacja sama poszła w tę stronę bliższą "normalnemu" związkowi - z inicjatywy dziewczyny, z moim przyzwoleniem, ale do samego związku jeszcze nie dotarła.
No ale postawiłbym spore pieniądze, że gdybym stawiał jednak jakiś opór, to szybko usłyszałbym "albo w lewo, albo w prawo" ;)
no właśnie, czym się różni Wasza relacja od "pełnoprawnego związku"? tym, że możesz odejść kiedy chcesz? XD
Tym, ze ona moze odejsc kiedy chce, bo przeciez nie byli razem.
Tym, że oboje zdają sobie sprawę z tego, że się nie kochają i prędzej czy później to pierdolnie - jak to opisał Astinus. Tylko z opisu też wynika, że ona jest bardziej into związek.
Ja mam o tyle dogodną sytuację, że spotykamy się średnio ze 2-3 razy w tygodniu na pogaduszki/kino/film/alko/innepierdoły, a potem zostaję na noc, ale zauważyłem, że jak na początku ja byłem bardziej w jej stronę, tak wszystko się odwróciło i mi się nie chce angażować emocjonalnie, a jej chyba tak. I tak się zastanawiałem, ile kobieta teoretycznie może tak wytrzymać, stąd pytanie o Wasze wnioski, doświadczenia etc.
Ja mam wrażenie, że większość ludzi w tym temacie prowadzi jakąś wojnę płci - "Kto ile wytrzyma"
Wytrzyma tyle ile jej się będzie chciało i dopóki nie znajdzie kogoś na stałe (Bo rozumiem, że Ty się nie umiesz określić co do Waszych relacji). Albo ma się pannę wyłącznie na dymanko albo jest się w związku.
I dzięki temu mamy dużo luźniejsze podejście do całej sprawy, bo nie jesteśmy do siebie tak przywiązani, jak kochający się ludzie. Dla przykładu: chciała się spotkać z kolegą, z którym od dłuższego czasu nie miała kontaktu, odnowić znajomość przy piwie, ale późno się zebrali, nie chciało im się jechać na miasto, więc usiedli u niej i siedzieli tak we dwójkę do nocy, popijając sobie alkohol. Ja sobie siedzę do rana niemalże u koleżanki i też nie ma żadnych jazd z tego powodu, bo mając ten dystans nie boimy się zdrady. Raz, że przy takim układzie po prostu byśmy sobie wcześniej powiedzieli, że chcemy już czegoś innego i każde poszłoby w swoją stronę, a dwa, nawet jeśli przespałaby się z kim innym, to mnie by to nie ruszyło. "Dzięki, nara" i tyle, nie byłoby żal relacji, czasu itd. Powiedzieć, że mi w ogóle nie zależy, to byłoby za dużo, ale jednak bliżej mi do wyjebki niż do przejmowania się tym wszystkim. Żadnemu z nas świat się nie zawali przy rozstaniu - w jakikolwiek sposób i z jakiejkolwiek przyczyny - także można powiedzieć, że wspólnie żyjemy sobie chwilą.
W tym pełnoprawnym związku, o którym @udarr ; napisałeś, nie ma miejsca na coś takiego. Normalne, że jak ludzie się kochają, to się bardzo do siebie przywiązują i każdy boi się takiej straty, bo od jakiegoś etapu gdzieś tam się patrzy wspólnie na przyszłość. Dużo jest kłótni, jakichś beznadziejnych spin, chorych fochów itd, bardziej żałosnych niż w jakikolwiek sposób sensownych, a u nas nie ma nic z tych rzeczy.
U Ciebie też chyba nie, jeśli dobrze pamiętam, ale Ty jesteś w związku z kilka lat starszą dziewczyną, można by się spodziewać, że już dojrzałą, a to jest zupełnie inna bajka (a przynajmniej powinna być).
Ile razy ktoś z Was pisał tutaj o kłótniach o pierdoły, fochach z dupy, bo dziewczyny się czepiają o to i o tamto - ja mam z tym spokój ;)
@Nigger ;
Jesteś kolejnym, który tak twierdzi, ale nie mam pojęcia gdzie podstawy do czegoś takiego. U nas samo dymanko zostało dawno temu, teraz jest dużo więcej ze związku, ale jednak nie jesteśmy ze sobą związani. I jak to wytłumaczysz?Cytuj:
Albo ma się pannę wyłącznie na dymanko albo jest się w związku.
No to skoro nie jesteście ze sobą związani to co niby jest z tego związku? Wyjście do kina/na spacer? Bycie w związku to nie tylko wykonywanie razem danych czynności ale też kwestia uczuć (nie uczuć bolca). To jakby powiedzieć "No trochę jesteśmy w związku ale w sumie troche to niee".