Cytuj:
Odkąd jestem programistą jednym z moich marzeń stało się stworzenie jedynej w swoim rodzaju gry komputerowej, czegoś, czego jeszcze nikt w branży nie stworzył do tej pory.
Spore mnie bardzo zaciekawił. Oto próba oddania ludziom kontroli nad wszechświatem. Po dokładnym przyjrzeniu się, co sprawia, że gry wideo są takie popularne stwierdziłem, że głównym czynnikiem jest kontrola.
Ludzie w życiu codziennym nie mają wpływu na ich otoczenie. Robią to, co się im każe, chodzą tam, gdzie się im każe, żyją tak, jak się im każe. Ich zajęcia składają się ze stania lub siedzenia gdzieś do 17:00, a potem pozwala się im iść do domu. Nie jest tajemnicą, że są nieszczęśliwi.
Dla wielu osób gry wideo są ucieczką do świata, gdzie mają kontrolę lub prowadzą swoje wirtualne życia pełne przygód i emocji. Pewna doza kontroli znajdowana jest w grach strategicznych, przygoda w grach RPG.
Przyjrzałem się grom takim jak The Sims i zauważyłem, że to, co sprawiło, że są takie popularne, to nie tylko iluzja posiadania kontroli, ale rzeczywista kontrola, w pewnym stopniu. Masz kompletny wpływ na życia ludzi.
Przed The Sims było Sim Earth. Gra, w której nie sprawujesz kontroli na konkretnymi jednostkami, ale nad całą Ziemią! Doszedłem do wniosku, że muszę stworzyć grę podobną do Spore, w której gracz subtelnie "kieruje" procesem ewolucji. Czynnikiem, który spowodował, że Spore było tak dużym nie powodzeniem, był brak realistycznej kontroli nad czymkolwiek. Ewolucja została tam potraktowana po macoszemu.
Aby to osiągnąć, zacząłem najpierw prace nad systemem fizyki. Mało znam się na fizyce, ale zacząłem pobierać nauki z tej dziedziny i próbowałem stworzyć jej uproszczoną wersję, gdzie pewne cząsteczki oddziałują ze sobą w określony sposób. Wyszło na to, że fizyka sprowadza się po prostu do złożonej matematyki.
Zasymulowałem energię, materię i stworzyłem prosty system ze słońcem emitującym energię oraz okrążającymi go planetami, które tę energię pobierały.
Postanowiłem od podstaw stworzyć najprostsze komórki, które były "wpisane" w program, że tak powiem, który projektowałem. Żyły energią emitowaną przez słońce i miały kod "genetyczny", który zawierał informacje o substancjach produkowanych przez komórki. Chyba możecie je nazywać eukariotami.
Mój świat w ciągu kilku minut zawsze wypełniał się tymi komórkami, które następnie mutowały, a przetrwały najbardziej rozwinięte komórki, które nauczyły się zamieniać energię dostarczoną przez słońce w użyteczne substancje potrzebne do podziału. To było bardzo nudne, ale chyba działało.
Postanowiłem rozszerzyć system fizyki i zmusić komórki do wytwarzania odpadów, które były toksyczne i je zabijały. Zauważyłem, że niektóre komórki zaczęły produkować mnie odpadów. Inne rozpoczęły produkcję czegoś, co pomogło im pozbyć się produktów ubocznych. Jeszcze inne wykształciły zdolność produkcji związków, które neutralizowały toksyczne odpady.
W tym wszystkim odkryłem coś fascynującego. Uruchomienie symulacji na kilka stuleci (kilka minut czasu rzeczywistego) poskutkowało wytworzeniem się komórek, które wytwarzały ogromne ilości odpadów celowo. Zauważyłem, że inne komórki na skutek tego umierały, a te pierwsze pochłaniały następnie ich pokłady energii. Tak narodzili się pierwsi drapieżnicy.
Po wyewoluowaniu pierwszych drapieżników różnorodność tego świata gwałtownie wzrosła. Niektóre wykształciły sposób na ucieczkę w przypadku napotkania tych toksyn. Inne stały się na nie odporne, a ostatecznie nauczyły się z nich korzystać.
Po jakimś czasie zauważyłem coś ciekawego. Komórki, które uciekły przed toksynami, tworzył grupy z komórkami, które potrafiły już toksyn używać dla własnych korzyści. Trzymały się razem i pomagały sobie. Ostatecznie połączyły się. Powstała dziwna symbioza, gdzie komórki, które normalnie by uciekły, teraz szukały miejsc, gdzie toksyny się znajdują, a ta druga komórka pochłaniała odpady dostarczając "transporterowi" nieco energii.
Nie rozpisując się zbytnio powiem tyle, że byłem wówczas bardzo podekscytowany i pozwoliłem symulacji trwać do rana (była już 05:00), podczas gdy ja poszedłem do łóżka. Kiedy obudziłem się około 11:00 dostrzegłem, że świat, który stworzyłem, zmienił się i był teraz ledwo rozpoznawalny.
Świat został opanowany przez ogromne, roślino-podobne struktury, pożerane przez inne organizmy żywiące się tymi roślinami. Jednakże, gdy zajrzałem do logów okazało się, że przez ostatnie dwie godziny świat praktycznie stanął w miejscu. Osiągnąłem kolejny zastój, punkt, w którym prostota mojej symulacji nie pozwalała na dalszą ewolucję bardziej złożonego życia.
Rozszerzyłem system dzieląc energię na kilka rodzajów, wliczając w to różne długości fal, które pochłaniane był w różny sposób przez różne molekuły. Zaimplementowałem drgania powietrza, stworzyłem ulepszoną symulację wagi i wniosłem jeszcze kilka innych, mniejszych poprawek.
To spowodowało, że symulacja przebiegała oczywiście wolniej, ale warto było. Prawie cały dzień przyglądałem się symulacji nie tracąc podekscytowania, ta zabawa była niezwykle uzależniająca. Wyewoluowały złożone organizmy, które współpracowały. Rośliny polegały na sobie lub wabiły drapieżników, którzy pożerali okropnie wyglądające stworzenia roślinożerne.
Dobrze się bawiłem i dostrzegłem, że niektóre stworzenia wyewoluowały "sygnały ostrzegawcze". To znaczy, że gdy zauważały drapieżnika, wydawały dźwięk, a wszystkie inne z ich gatunku uciekały do dziur, które wykopały w ziemi. Inne wyewoluowały "sygnały godowe".
Postanowiłem się zabawić. Stworzyłem narzędzie, które pozwalało mi wrzucić na Ziemię konkretne organizmy i podpisałem je swoim imieniem. Stworzyłem 10 "meteorytów" i zrzuciłem je na fragment lądu, aby stworzyć wyspę, chciałem się przekonać, czy zwierzęta po obu stronach wyewoluują w różnych kierunkach. Powstała "uśmieszkowa" wyspa z aktywnością wulkaniczną.
W tym czasie znów dochodziła 05:00, słyszałem ptaki na zewnątrz. Poczułem się zmęczony, a pobudka nastąpiła jakoś koło 13:00. Kiedy spojrzałem na symulację, doznałem lekkiego szoku.
Różne grupy zwierząt jednego gatunku stworzyły kamienne posągi. Niektóre w kształcie uśmieszku. Niektóre w formie mojego imienia. Nie wiem nawet, po co to robiły i jak. Zauważyłem, że od czasu do czasu atakowały się nawzajem.
Nie wiedziałem, co z tym począć, ale doszedłem do wniosku, że te organizmu musiały postrzegać ten uśmieszek i moje imię w jakiś specjalny sposób. Walki mnie niepokoiły, zdecydowałem zatem stworzyć potężne pasma górskie za pomocą erupcji wulkanu i w ten sposób oddzielić obie grupy.
W tym momencie zmiany zachodziły szybko, w porównaniu do tego, co działo się wcześniej. Podczas mojego snu plemiona w symulacji ewoluowały, kiedy szedłem coś zjeść, albo do łazienki, członkowie plemienia zaczęli się inaczej ubierać lub budować innego rodzaju siedliska.
Ich liczba również wciąż wzrastała. W pewnym momencie zaobserwowałem, że stworzenia zaczęły tworzyć własne symbole na ziemi, nie kopiowały już moich. Większość z nich była jak dla mnie zupełnie przypadkowa i niezrozumiała, ale jeden się wyróżniał.
Organizmy stworzył symbol, który przypominał ich samych. Małe kółko, a pod nim kwadrat. Wewnątrz kwadratu znajdowała się kropka, w samym jego centrum. To miało oznaczać narządy wzroku tych stworzeń, bo każde z nich miało dwa takie narządy, jeden z przodu, drugi z tyłu ciała. W kwadracie znajdowały się też inne organy sensoryczne i kopulacyjne.
Obok kółka, na samej górze kwadratu można było zobaczyć coś przypominającego widły. Dwa rozwidlenia skierowane był w przeciwnych kierunkach, a obok nich można było zauważyć uśmieszek.
Zrozumiałem coś. Nie porozumiewali się między sobą. Komunikowali się z czymś "gdzieś tam". Moje modyfikacje krajobrazu musiały się przyczynić do ich myślenia, że gdzieś tam jest coś potężnego, zdolnego do zmiany ich świata.
Zastanawiałem się, czy symbole takie, jak Stonehenge i piramidy w realnym świecie mogły być znakami ludzi pierwotnych, którzy próbowali zrobić to samo. Błagali swojego stwórcę lub opiekuna, aby się z nimi skontaktował. Jednemu nie dało się zaprzeczyć - te stworzenia domyśliły się, że gdzieś tam jest coś jeszcze.
Długo nad tym myślałem. Czy to w mojej gestii leży zainicjowanie kontaktu z czymś, co nie jest nawet prawdziwe? A może te stworzenia są prawdziwe w jakiś inny sposób? Czy coś może być prawdziwe będąc zaledwie koncepcją samego siebie? A nawet jeśli byli prawdziwi, to czy to oznacza, że lepiej dla nich będzie, jeśli to ja się z nimi pierwszy skontaktuję? Może powinienem zmienić symulację i zapewnić im wieczne szczęście? Czy w ogóle mogę coś takiego zrobić?
Nie chciałem im ujawniać swojego istnienia, ale chciałem się z nimi porozumiewać. Postanowiłem zaprogramować "proroka". Organizm, który wygląda jak oni i nie będą potrafili go odróżnić od siebie, ale jest całkowicie kontrolowany przeze mnie.
Pozwoliłem mu urodzić się, jako ktoś ważny, syn przywódcy. Postanowiłem nauczać przykładami i starałem się nauczyć te stworzenia angielskiego, abym mógł się z nimi porozumiewać. Jako prorok przekazałem im, że angielki jest językiem, w którym możemy porozumieć się z "wielkim". Nie mogli mieć pojęcia, co jest prawdą, a co nie.
Nie zdecydowałem jeszcze, czy ujawnić się, czy nie. Chciałem jednak móc zrozumieć, co chcą mi powiedzieć. W ciągu kilku pokoleń wszyscy mówili po angielsku.
Bardzo szybko na ziemi zaczęły pojawiać się znaki w języku angielskim.
"PROWADŹ NAS" "POKAŻ NAM SWOJĄ DOBROĆ" "POMÓŻ NAM"
A także, podczas gdy panowała choroba, głód lub ogólne niepocieszenie:
"DAJ NAM JEŚĆ" "POKAŻ NAM CUD" "ZAKOŃCZ NASZE CIERPIENIE"
Zdecydowałem, że nie mógłbym zajmować się światem, w którym pojawiło się takie nieszczęście. Musiałem coś zrobić. Czemu miałbym akceptować świat, w którym panuje śmierć, gwałty i morderstwa, kiedy mogłem im zapobiec?
Zaimplementowałem poprawki, które następowały stopniowo, więc nie brali tego za cud. Morderstwa i gwałty z biegiem czasu stawały się coraz rzadsze, tak samo śmierć w młodym wieku.
Sądziłem, że nie zauważą zmian, które następowały przez wiele pokoleń, ale zauważyli.
"DZIĘKUJEMY CI"
"CHWAŁA STWÓRCY"
"KOCHAMY CIĘ"
I coś, co najbardziej ścisnęło mnie za serce:
"WRÓĆ DO NAS"
Po policzkach spłynęły mi łzy. Tam coś jest. I to coś wie o moim istnieniu, że mogę się z nimi porozumieć, ale w obawie przed tym, co stworzyłem, nie chcę tego zrobić.
Czułem, że mam zobowiązania.
Załadowałem postać, którą dopiero co stworzyłem i poszedłem do ich króla, poprosiłem o rozmowę z najmądrzejszymi z mędrców. Tym razem jednak mi nie uwierzono.
- Jesteś 1341 osobą podającą się za wcielenie Stwórcy. Jeśli nim jesteś, to modlę się o przebaczenie, ale proszę, daj nam jakiś znak, zanim zażądasz ode mnie zwołania mędrców.
Zawahałem się, ale odpowiedziałem.
- Jutro, na wyspę na morzu przed wami, spadną kolejne dwa meteory, tego samego dnia. I kiedy tak się stanie, porzućcie wszelką wątpliwość i uwierzcie, że oto ja powróciłem, naprawić zepsuty świat, który niegdyś stworzyłem.
Opuściłem moje wcielenie i poczekałem na następny dzień w symulacji. Zrzuciłem dwa meteory na opuszczoną wyspę niedaleko stałego lądu, na którym zebrały się tysiące, aby zobaczyć, czy dam im znak.
Po upadku meteorów zaczęto świętować. Wszystkie zdolne do odczuwania organizmy zebrały się dookoła małego domu, w którym opuściłem mojego awatara i padli na ziemię, wyraźnie czcząc mężczyznę, którego tam ostatnio widzieli, a jednocześnie bali się podejść bliżej.
Nie wiem w sumie, kto bał się bardziej w tym momencie, ja czy oni. Ponownie załadowałem moje wcielenie i wyszedłem z domu. Stworzenia nadal leżały na ziemi w całkowitej ciszy. Zupełnie, jakby czuli się za niegodnych przemawiania.
- Niechaj powstanie najmądrzejszy z was - powiedziałem do nich.
Powstało jedno, dziwacznie wyglądające stworzenie.
- Dziękujemy, że wróciłeś. Czy życzysz sobie od nas czegoś?
Zawahałem się, zanim cokolwiek odpowiedziałem.
- Nie możecie zrobić dla mnie niczego, co mnie zadowoli, poza tym, że będziecie dobrzy dla siebie nawzajem i będziecie dzielić się ze mną swoimi potrzebami i obawami.
Stworzenie odpowiedziało:
- Wiemy, że przybywasz z innego świata i się boimy. Zrozumieliśmy, jak delikatni jesteśmy i jak niewiele wiemy. Proszę, pozwól nam dołączyć do ciebie w świecie, w którym stworzyłeś nasz własny.
Rozpłakałem się przed komputerem, gdy odpowiadałem.
- Nie wiem jak.
Stworzenie odpowiedziało:
- Ryzykując obrażenie cię, proszę, zrozum powagę naszej sytuacji. Żyjąc w niekompletnym świecie jesteśmy ciągle zagrożeni zniknięciem na zawsze, nikt już nigdy może nas nie spotkać. Nigdy byśmy świadomie nie rozpoznali chwili, w której nadszedłby nasz koniec.
Dotarło do mnie, że nie byli w stanie zrozumieć faktu, iż miałem władzę absolutną jedynie w ich świecie, ale poza nim już nie. Nie wiedzieli także, że moja widza o ich świecie była ograniczona. Może i stworzyłem go dzięki kilku prostym prawom i regułom, ale to właśnie te proste prawa nadały rzeczywistości złożoność, której nie byłem w stanie pojąć.
Rzekłem ponownie:
- Mam moc jedynie w waszym świecie. W moim takiej mocy nie posiadam, zatem nie mogę was tu sprowadzić, ponieważ mój świat nie jest pod moją kontrolą. Nie rozumiem także świata, który stworzyłem. Nie wiem, co jest dla was najlepsze. Tylko wy wiecie i musicie mnie informować, czego chcecie.
Mężczyzna milczał przez chwilę. Już pomyślałem, że chcę zerwać ze mną wszelki kontakt, gdy mędrzec przemówił:
- Stworzyłeś świat, który jest niekompletny, ze stworzeniami, które nie są w stanie z niego się wydostać i nie masz możliwości ich uratować. Nie posiadają wolności, ani nie mają możliwości zmian. Jesteśmy całkowicie zdani na twoją łaskę i w związku z tym, z głębi serca, prosimy cię:
Skończ z nami.
W tym momencie zanosiłem się rzewnymi łzami, nie wiedziałem, co robić i proszono mnie o dokonanie niemożliwego. Moje własne dziecko prosiło mnie, abym je zabił.
W tym momencie zauważyłem, że światła w pokoju migają. Po chwili komputer się nagle wyłączył. Krzyczałem. Po wielokrotnych próbach uruchomienia komputera zrozumiałem, że to nic nie da. Zadzwoniłem do dostawcy prądu, który powiedział mi, że na skutek nagłej awarii doszło do spięcia. Obiecali zapłacić za wszystkie szkody.
Rozłączyłem się i zacząłem rozmyślać. Ogrom zbiegu okoliczności, który właśnie nastąpił, był zbyt wielki do ogarnięcia. Zastanawiałem się. Jeśli te stworzenia były na łasce zdezorientowanego stwórcy, to czy to samo można powiedzieć o mnie? I jeśli tak, to czy mój twórca powstrzymał mnie właśnie od powtórzenia jego własnych błędów?
Cytuj:
Kiedy miałem dwanaście lat moi rodzice pojechali na wycieczkę do Teksasu i zostawili mnie u ciotki. Miało ich nie być przez trzy tygodnie i musiałem radzić sobie z nudą w domu mojej ciotki. Nie miała ani gier wideo, ani dvd, nawet telewizora nie miała! I co ja miałem niby robić przez ten cały czas, kiedy oni dobrze się bawili w Teksasie? Pamiętam, jak długo się ciągnęły te tygodnie. Każdy dzień zdawał się trwać latami. Wtedy, podczas trzeciego tygodnia, ciocia powiedziała, że rodzice nie wrócą przez kolejne trzy tygodnie. Wydawała się być zdenerwowana, kiedy to mówiła, więc uznałem, że powodem jest konieczność znoszenia mnie przez drugie tyle czasu. Kolejne trzy tygodnie nie były takie złe. Poznałem kolegę mieszkającego na końcu ulicy, przy której stał dom mojej cioci. Miał PlayStation 2 i graliśmy całe dnie. Zaczynało mi się tu podobać. Pod koniec tego trzytygodniowego okresu nie mogłem się już doczekać spotkania z rodzicami. Półtora miesiąca bez nich było okropne i tęskniłem za domem. Ciocia wyszła na zewnątrz, a ja za nią z bagażami. Pamiętam bardzo dobrze, jak zdenerwowana była, kiedy mówiła mi, że rodzice postanowili tym razem pojechać do Nowego Meksyku na kolejne trzy tygodnie. Pomyślałem, że mnie porzucili i popadałem w depresję. Następne trzy tygodnie były podobne do poprzednich. Zapomniałem już jak wygląda mój dom i prawie nie pamiętałem twarzy rodziców. Chciałem jechać do domu. W noc poprzedzającą domniemany powrót moich rodziców obudziło mnie klepnięcie w ramię. Spojrzałem i zobaczyłem moją mamę i tatę stojących nad łóżkiem i uśmiechających się do mnie. Byłem taki szczęśliwy, że ich widzę, że wyskoczyłem z łóżka, aby ich oboje uściskać. Nie możemy zostać na długo, kolego. Musimy iść gdzie indziej, pamiętam słowa taty. Wyszliśmy do ich samochodu i pojeździliśmy po okolicy przez jakiś czas. Nie rozmawialiśmy wiele, ale byłem bardzo szczęśliwy, że mogę z nimi być nawet tylko przez moment. Kiedy wreszcie wróciliśmy pod dom ciotki, bardzo niechętnie pozwoliłem im odjechać. Pobiegłem do mojego pokoju i wróciłem z aparatem fotograficznym, który dał mi tata, zanim wyjechali po raz pierwszy i zapytałem ich, czy możemy zrobić sobie wspólne zdjęcie, bo nie chcę zapomnieć ich twarzy. Umieściłem aparat na masce samochodu i ustawiłem samowyzwalacz, a następnie uściskałem rodziców w oczekiwaniu na błysk flesza. Na sam koniec tata napisał coś na odwrocie zdjęcia i oddał mi je, po czym wsiedli do samochodu i odjechali. Rano obudziłem ciocię i powiedziałem jej, że mama i tata odwiedzili mnie w nocy. Spojrzała na mnie z takim smutkiem na twarzy, że zacząłem się martwić. Musiało ci się to śnić powiedziała wyraźnie starając się powstrzymać łzy.Dlaczego? - zapytałem. Wahała się przez chwilę, zanim odpowiedziała. Teraz łzy spływały po jej policzkach. Twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym w drodze do Teksasu. Śmiałem się, gdy to powiedziała. Nie ma mowy, żeby to był sen. Przypomniałem sobie o zdjęciu, które wczoraj zrobiliśmy i pobiegłem po nie do pokoju. Wziąłem je nawet nie spoglądając i czym prędzej wróciłem pokazać je cioci. Zobacz, mam dowód, że tu byli podałem jej zdjęcie. Kiedy spojrzała na zdjęcie, krzyknęła i upuściła je. Jej twarz zrobiła się biała jak śnieg, a usta zakryła dłonią. Nie wiedziałem, o co chodzi, więc podniosłem zdjęcie i na nie spojrzałem. Na zdjęciu byłem ja, stałem przed domem cioci i przytulałem się do zmasakrowanych postaci moich rodziców. Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Upuściłem zdjęcie na podłogę, odebrało mi mowę, a ręce opadły bezsilnie. Zdjęcie upadło tyłem do przodu tak, że mogłem odczytać napis na jego odwrocie: Przykro nam, Mały
Cytuj:
Witaj przyjacielu,
Wszystko zaczęło się, kiedy wracałem do domu z pracy. Zauważyłem wyprzedaż staroci przy jednym z sąsiednich domów. Zazwyczaj korzystam z okazji kiedy tylko się da, uważam że można w ten sposób dorobić się wielu ciekawych rzeczy. Na stoliku z rupieciami rzucił mi się w oczy pendrive. Pojemność wynosiła 8 GB a kosztował zaledwie dolara. Kupiłem go więc, a następnie wróciłem do domu i podłączyłem do komputera. Nie było na nim żadnych plików, oprócz jednego, nosił nazwę Stn.exe. Kliknąłem podwójnie na ikonkę, lecz po chwili nie pokazało się nic innego, jak link do czyjejś strony.
Jej adres to <TREŚĆ USUNIĘTO>
Była to dość dziwna strona w nieznanym mi języku. Kilka sekund po otwarciu witryny wyskoczył tłumacz Google. Nie było jednak możliwości przetłumaczenia, gdyż był to, jak podał Google język nieznany. Na górze strony był jednak niebieski przycisk. Po tym jak na niego kliknąłem zaczął ściągać się plik o nazwie Stn.exe.
Nie chciałem pobierać niczego z nieznanej mi witryny, do tego w niezidentyfikowanym języku. Próbowałem zatrzymać ściąganie, jednak na próżno. Plik wciąż się pobierał. Kiedy już było po wszystkim, po zminimalizowaniu okienka z przeglądarką na pulpicie ukazała się nowa ikona. Podwójnie na nią kliknąłem, jednak tak szybko jak to zrobiłem, mój komputer po prostu się wyłączył. Było to dla mnie dość dziwne Zresetowałem go po niedługiej chwili, ale niewiele to dało. Pulpit był pusty, z wyjątkiem jednej ikony. Stn.exe.
Przeszukałem wszystkie foldery, w poszukiwaniu straconych programów i plików, jednak wszystko zostało usunięte, poza Stn.exe. Postanowiłem więc zobaczyć, co takiego skrywał i otworzyłem plik. Komputer na chwilę się zaciął. kursor nie poruszał się, a otwieranie menadżera zadań nie zadziałało. Po chwili jednak aplikacja przestała działać i samoistnie się zamknęła. Teraz mój pulpit wypełniony był plikami o rozszerzeniach takich jak .jpg, .gif i .avi. Było na nim jeszcze kilka plików .mp3, więc otworzyłem jeden z nich, nosił on nazwę jpbc.mp3.
Nagranie, o ile tak to można nazwać, trwało 4 sekundy. Jedyne co się na nim znajdowało to głośne piski, które spowodowały, że poczułem się nieco otumaniony. Wybrałem następny plik z pulpitu 5474N.jpg. Na zdjęciu ukazany był chłopiec w wieku około ośmiu lub dziewięciu lat. Dziecko było kompletnie nagie. W jego kolana wbite były haki, a brzuch długi drut, ociekający krwią. To było dla mnie zbyt dużo. Naprawdę miałem chęć zwymiotować. Chwilę potem zaczął się pokaz slajdów. Na zdjęciach ukazane były cierpiące, torturowane dzieci. Niektóre żywe, niektóre nie. Potem doszły jeszcze zwierzęta. To w jaki sposób okaleczone były ich ciała, dosłownie jest niedopisania.
W końcu pokaz zakończył się, a ja wróciłem do pulpitu. Otworzyłem kolejny plik, nazwany g00g00g4g4.avi. Na filmiku widać było niemowlę, leżące w samochodzie, na tylnym siedzeniu. Dziwnie wyglądający mężczyzna, rozmawiał z dzieckiem. Jego głos brzmiał przerażająco. Był niski i głęboki. Mężczyzna wypowiadał zdania typu zasłużyłeś na to oraz jesteś gotowy na cierpienie? Następnie dorosły chwycił niemowlaka i upuścił go. Maleństwo upadło na podłogę w aucie, można było przy tym usłyszeć pękanie delikatnych kości i płacz. Mężczyzna kontynuował. Uderzył niemowlę w nos, z którego po chwili zaczęła sączyć się krew. Właściwie cała twarz w kilka sekund po uderzeniu była nią pokryta. Człowiek następnie sięgnął dłonią do oczu ofiary i wyciągnął je. Wypowiadał przy tym słowa guu guu ga ga. Dziecko przeraźliwie cierpiało, jednak po niecałej minucie jęki i płacz ucichły. Oprócz tego, było jeszcze więcej takich nagraniach, nie będę ich jednak opisywał.
Więc, przyjacielu <TREŚĆ USUNIĘTO>, podaję linka do ściągnięcia Stn.exe. Pobieranie nie zatrzyma się, a pokaz slajdów skończy dopiero na ostatnim zdjęciu.
Pisząc do Ciebie, jednocześnie chcę się pożegnać. Za moment popełnię samobójstwo.
Nazywam się Jordan Stewards.
Żegnaj, mój drogi! Powodzenia z Stn.exe!
Cytuj:
W nocy 16 sierpnia 1952 roku, małe miasto Ashley w stanie Kansas przestało istnieć. 17 sierpnia 1952 roku, o godzinie 3:28, zarejestrowane zostało trzęsienie ziemi o sile 7,9 w skali Richtera. Trzęsienie było odczuwalne w całym stanie oraz w większości sąsiednich terenów na zachodzie. Epicentrum zostało zlokalizowane dokładnie pod Ashley. Kiedy policja stanowa przybyła na miejsce, zastała spaloną, dymiącą dziurę w ziemi, mającą 1000 jardów długości i 500 jardów szerokości. Jej głębokość nie została ustalona. Po dwunastu dniach, 29 sierpnia, o 21:15, poszukiwania 679 zaginionych mieszkańców miasta zostały przerwane przez władze stanowe Kansas. Wszyscy zostali uznani za zmarłych. 30 sierpnia, o 2:27 zarejestrowane zostało trzęsienie ziemi o sile 7,5 w skali Richtera. Epicentrum zlokalizowano w miejscu dawnego miasta Ashley. O 5:32 policja stanowa zgłosiła, że dziura w ziemi zniknęła.
W ciągu ośmiu dni poprzedzających zniknięcie miasta, jego mieszkańcy oraz lokalna policja zaobserwowali serię dziwnych i niewyjaśnionych zdarzeń.
Wieczorem 8 sierpnia, o 19:13, mieszkaniec Gabriel Jonathan zaobserwował dziwne zjawisko na niebie nad Ashley. Miasto nie miało oficjalnych organów ścigania, więc powiadomiono policję z sąsiedniego miasta Hays. Gabriel opisywał coś, co wyglądało jak mały, czarny otwór w niebie. W ciągu następnych 15 minut posterunek policji w Hays został zasypany zgłoszeniami o tym samym zjawisku. Zjawisko nie zostało zaobserwowane przez mieszkańców żadnej z sąsiednich miejscowości. Podjęto decyzję o wysłaniu policjanta, który miał wyjaśnić sprawę następnego ranka.
9 sierpnia o 7:54 oficer policji w Hays, Allan Mace wysłał na posterunek zgłoszenie przez radio. Oznajmił, że mimo podążania drogą prowadzącą do Ashley, zgubił się. Zgodnie ze zgłoszeniem droga biegła w swoim normalnym kierunku, ale w jakiś sposób zaprowadziła go do Hays. Oficer Mace dodał, że droga nie skręcała w żadnym kierunku. O 9:15, siedem z dziesięciu radiowozów w mieście wysłano w celu wyjaśnienia sprawy. Wszyscy policjanci kierujący nimi doszli do tego samego wniosku. Jedyna droga wiodąca do Ashley, prowadziła z powrotem do Hays. Telefony nadal zalewały posterunek policji. Wszystkie zgłaszały, że otwór w niebie wciąż się powiększał. Wszyscy dzwoniący zostali poproszeni o pozostanie w domach. O 20:17 Elanie Kantor zgłosiła, że zaginęli jej sąsiedzi, państwo Milton oraz ich dzieci, Jeffery i Brooke. Jak wynika z rozmowy telefonicznej, poprzedniego wieczoru Miltonowie wyjechali z miasta swoim samochodem. Nigdy nie wrócili. Policja w Hays nie zauważyła żadnego samochodu lub pieszych na drodze z Ashley.
10 sierpnia 1952 o 7:38 telefony z Ashley informowały, że miasto jest pogrążone w mroku. Słońce tego dnia nie wzeszło. O 10:15 na polecenie policji w Hays, helikopter z Topeki w Kansas przeleciał nad miejscem, w którym znajdowało się Ashley. Miasta nie udało się zaobserwować z powietrza.
11 sierpnia 1952, o 12:43, Phoepe Danielewski zadzwoniła na posterunek w Hays. Zgłosiła, że jej córka Erica zaczęła rozmawiać ze swoim ojcem, który zginął 3 lata wcześniej w wypadku samochodowym. Dodatkowo powiedziała, że Erica chciała wyjść na zewnątrz, żeby dołączyć do nich. W ciągu następnych 12 godzin zarejestrowano 329 rozmów telefonicznych, opisujących podobne zjawisko dotyczące dzieci z miasta.
Kolejnego ranka, 12 sierpnia 1952, sytuacja stała się tragiczna. W środku nocy zauważono zniknięcie wszystkich 217 dzieci z miasta. Zarejestrowano 421 telefonów na policję w Hays. Nie mogąc znaleźć sensownego rozwiązania, policjanci polecili dzwoniącym zostać w domach i unikać prób szukania dzieci.
Wieczorem 13 sierpnia, o 17:19, Scott Luntz, starszy mężczyzna z Ashley, zaobserwował odległy, powiększający się ogień na południu miasta. Jak wynika z jego opisu, odległa ciemność zamieniała się w czerwony i pomarańczowy ogień, który rozciągał się aż do nieba. Przez resztę dnia telefony nie ustawały. Ludzie twierdzili, że ogień zaczął przemieszczać się na północ oraz wydawał się wychodzić z czarnego nieba. Ogień nie został zaobserwowany przez mieszkańców sąsiednich miejscowości, ani przez policję.
Zgłoszenia nie przestały przychodzić aż do 14 sierpnia 1952, do godziny 12:09. Ostatni telefon został wykonany przez Benjamina Endicotta. Mieszkaniec twierdził, że ogień na niebie powiększył się tak bardzo, że rozświetlił całe miasto. Rozmowa zakończyła się nagle:
(Z ROZMOWY WYKONANEJ PRZEZ BENJAMINA SHERMANA ENDICOTTA)
BENJAMIN: Chwileczkęproszę poczekać
(DŁUŻSZA CISZA)
BENJAMIN: Tak, tak, widzę coś. Na południu. Wygląda jak-
[KONIEC ROZMOWY]
Nie zarejestrowano żadnego telefonu, aż do następnego wieczoru.
Poniższy tekst jest pełnym zapisem ostatniej rozmowy otrzymanej przez posterunek policji w Hays z miasta Ashley. Miała ona miejsce 15 sierpnia 1952 o 21:46. Policjant na służbie to oficer Peter Welsch. Dzwoniąca została zidentyfikowana jako April Foster.
[POCZĄTEK ROZMOWY]
OFICER WELSCH: Posterunek policji w Hays.
(Zakłócenia)
O: Halo?
FOSTER: Taktak, halo?
O: Proszę pani, z kim rozmawiam?
F: Nazywam się April Foster. (Kaszle) Proszę pana, proszę mi pomóc.
O: Co się dzieje?
F: W nocyoni wrócili w nocy.
O: Proszę pani, muszę poprosić panią o-
F: ONI WRÓCILI W NOCY! (Płacze)
O: Proszę pani, proszę się uspokoić i mówić jaśniej. Co się stało? Kto wrócił?
F: (Szlochając) Wszyscy.
O: Wszyscy?
F: Wszyscy przybyli z ogniem.
O: Kogo ma pani na myśli?
F: Mój synW nocy widziałam mojego syna. On szedłszedł ulicą. Płonął. Jezu Chryste ON PŁONĄŁ.
O: Proszę pani-
F: Umarł w tamtym roku. Zajmowałam się nim odkąd był małybyliśmy tylko ja i on. Mówiłam mu, żeby uważał na samochody, gdy jeździł na rowerze. Ale on mnie nie słuchał.
O: To co pani mówi nie ma sensu. Mówi pani, że wszyscy wrócili?
F: CZY PAN MNIE DO CHOLERY SŁUCHA? WSZYSCY. Wszyscy wrócili. Każdy, kto umarł lub zaginął. I oni nas szukają! (Płacze) Onon powiedział: Mamusiu, jestem zdrowy! Patrz, znów mogę chodzić! Gdzie jesteś, mamusiu? Chcę cię zobaczyć! (Szlocha)
O: Gdzie pani teraz jest? Jest pani bezpieczna?
F: Schowałam się, tak jak wszyscy. Widzieliśmy ich idących przez polainiektórzy otworzyli im drzwi. Boże, ten krzyk. (Cisza) Nie wiem, co się im stało, ale ich domy zaczęły się palić izapadły się pod ziemię. Zasłoniłam okna, zamknęłam drzwi i- (Cisza)
O: Proszę pani, czy wszystko w porządku?
(Cisza)
O: Proszę pani?
F: (Dźwięk rozbitego szkła) Oo mój Boże.
O: Halo?
F: Coś weszło do domu. (Stłumione szlochy)
O: Proszę być najciszej, jak to możliwe. Niech pani nie wydaje żadnego dźwięku.
(Stłumione: Mamusiumamusiu?)
F: (Szlocha) On wszedł do środka.
O: Niech pani nie rusza się z miejsca.
(Stłumione dźwięki kroków. Stłumione: Mamusiu? Mamusiu, gdzie się schowałaś?)
O: Proszę zachować ciszę.
(Głośne kroki, śmiech. Stłumione: Znalazłem cię, MAMUSIU!; Głośne krzyki i hałasy).
O: Proszę pani? PROSZĘ PANI!
[KONIEC ROZMOWY]
Następnego ranka, o 6:55, oficerowie z posterunku policji w Hays przybyli do miasta Ashley. Tląca się, spalona dziura w ziemi, była wszystkim, co zastali.